Aktualności
08.07.2007 - Gdzie browary z tamtych lat - Newsweek   Data: 11 czerwiec 2010



Polskie piwa są jak kiedyś fordy T - dostępne w każdym kolorze, pod warunkiem, że jest to kolor czarny. Rządzi kilka marek różniących się nie smakiem, lecz etykietą.

Rzeczpoospolita - przynajmniej na pierwszy rzut oka - to kraina piwem płynąca. W zeszłym roku wypiliśmy go 33 mln hektolistrów, czyli przeciętne mazurskie jezioro. Przyjemność tej konsumpcji kosztowała ponad 16 mld zł - niemal połowę kwoty, którą wydamy w tym roku na prywatną opiekę medyczną. Na jednego Polaka przypadają obecnie już ponad 84 litry wypitego piwa, niemal trzy razy więcej niż w 1989 r. Plasujemy się w samym środku stawki europejskich piwoszy. I tylko jeden szkopuł mąci ten idylliczny obrazek: kurczący się drastycznie wybór marek i smaków polskich piw.
Od początku 2006 roku padło w Polsce osiem z około 50 małych browarów, usiłujących warzyć piwo według tradycyjnych regionalnych receptur. W niebyt odeszły m.in. wyroby pomorskiej Reginy, suwalskiego browaru Północnego, budgoskiego Kujawiaka, w marcu poddał się nawet wielokrotnie nagradzany olsztyński Jurand. Branżowi potentaci, czyli Kompania Piwowarska (38,3 proc. udziału w rynku), Grupa Żywiec (33,5 proc.) i Carlsberg Polska (14 proc.) walczą dziś wprawdzie głównie ze sobą, ale skutki tej wojny biją rykoszetem właśnie w małych graczy, których nie stać na huczne kampanie reklamowe.

Żeby to jasny lager trafił
W zeszłym roku pięć największych browarów wydało na reklamę łącznie 317,4 mln złotych. Natomiast Stowarzyszenie Regionalnych Browarów Polskich w tym roku chce przeznaczyć na ten cel zaledwie ok. miliona złotych, o ile dostanie dotację z Brukseli. W rezultacie rynkowy udział lokalnych browarów nie przekracza dziś w Polsce 3 proc., a na sklepowych półkach i w barach utrwala się prymat Żywca, Tyskiego, Lecha, Heinekena i Carlsberga. Czyli piw tak podobnych w smaku, że - jak pokazują kolejne badania zlecane przez piwowarów - bez etykiety większość konsumentów nie potrafi ich rozpoznać. - Ten rok może przynieść śmierć kolejnym lokalnym markom, bo wciąż drożeją chmiel i słód - ostrzega Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich. - Wielkich producentów stać na wzięcie rosnących kosztów na siebie, mali muszą przerzucić je na klientam a to go od nich odstrasza.
Być może regionalni browarnicy celowo przerysowują skalę czyhających na nich zagrożeń. Ale jest faktem, że w Polsce jest dziś miejsce w zasadzie tylko na jeden gatunek piwa - jasny lager o wyraźnym chmielowym smaku. Nad Wisłą stanowi on już niemal 99 proc. sprzedaży, podczas gdy w większości europejskich państw nie przekracza zwykle 75-80 proc. Cenione w Niemczech, Belgii czy Czechach piwa ciemne, pszeniczne, górnej fermentacji (warzone w wyższej temperaturze) przeciętny polski konsument zna najwyżej ze słyszenia. I co ciekawe - wcale za nimi nie tęskni. Zdaniem Macieja Chołdrycha, odpowiadającego w Kompanii Piwowarskiej za smak wyrobów, nasz piwny gust spłaszczył się wraz z pierwszym kontaktem z globalnymi markami. Przed 1989 rokiem większość polskich piw nie nadawała się do picia, a potem ich miejsce błyskawicznie zajęły właśnie profesjonalnie warzone lagery. - W ten sposób wśród polskich konsumentów utrwaliło się przekonanie, że tak powinno wyglądać i smakować dobre piwo - tłumaczy Chołdrych.
Reszty dokonuje globalizacja i służąca jej machina reklamy, które w większości krajów sprawiły, że delikatne piwa jasne przystające do podniebień największej grupy konsumentów wypierają te z charakterem. W Irlandii, której Guinness jest przecież niemal synonimem, jego sprzedaż spadła w latach 2003-2006 aż o 18 proc. Zamiast nastrojowych wieczorów w pubie wychowana na telewizji i internecie młodzież woli lagery i wykreowaną przez ich producentów atmosferę wielkomiejskiej balangi. Również w Niemczech - ojczyźnie oryginalnego piwa pszenicznego - wiele małych browarów przetrwało tylko dzięki dotacjom landów dbających o rodzimą tradycję.
Stosunkowo dobrze z piwną globalizacją radzą sobie Czechy i Słowacja. Państwowy browar z Czeskich Budziejowic - słynny Budweiser Budvar - wypracował sobie światową renomę i od lat toczy z amerykańskim konkurentem o tej samej nazwie zacięty bój o prawo do korzystania z niej. Reszta gwiazd czeskiego i słowackiego browarnictwa należy juz wprawdzie do światowych koncernów piwowarskich, ale ich marki mają się tak dobrze, że nowi właściciele usiłują zaszczepiać je także za granicą. Jeden Velkopopovicky Kozel w zeszłym roku zwiększył eksport aż o 45 proc., do 1,3 mln hektolitrów.
- W zachodniej Europie powraca dziś moda na produkty regionalnych browarów, z charakterystycznym smakiem - mówi Ziemowit Fałat, współtwórca branżowego portalu browamator.pl i autor kilku książek o piwie. - W Holandii mała rodzinna firma założona przez mleczarza reaktywowała np. przepis na piwo sprzed kilkuset lat i dziś jej marka Hoegaarden jest jedną z najprężniejszych na rynku.
W Polsce na powrót starych receptur na razie nie ma szans, bo dla większości konsumentów od smaku ważniejsze są promile. W tej sytuacji największe browary wybierają sprawdzone rozwiązania. Kompania Piwowarska, właściciel stylizowanej na brytyjską marki Dog In The Fog, przygotowała właśnie nową wersję tego oryginalnego, lekko porzeczkowego piwa. I zmieniła jego smak na przypominający umiłowane przez Polaków jasne pełne. Kielecki browar Belgia szumnie zapowiadał wskrzeszenie receptury cystersów ze Szczyrzyca, zbliżonej do cenionego w świecie ciemnego piwa trapistów. Ale gdy produkt trafił do sprzedaży, był już tylko piwem górnej fermentacji o nazwie Frater. Oryginalnym jak na polskie realia, jednak dalekim od pierwowzoru.

Jedni padają, inni walczą
W tej sytuacji matecznikiem starych, czasem wielce oryginalnych receptur pozostają browary regionalne. Prócz konkurencji branżowych rekinów muszą one jednak zmagać się także z brakiem zainteresowania ze strony klientów. - Działaliśmy w biednym regionie, w którym dla piwoszy najważniejsza jest cena, a większość zakupów robi się w dyskontach - wyjaśnia Ignacy Krawiec, likwidator zamkniętego w styczniu browaru Północnego. - Z racji wysokich cen nie byliśmy w stanie się tam wcisnąć.
W rezultacie firma sprzedawała w swoim regionie zaledwie 20 proc. produkcji, a na resztę szukała chętnych po całym kraju. Dużym wzięciem piwo piwo z Północnego cieszyło się na Śląsku, ale zysk zjadały koszty transportu. Browar latami balansował na granicy rentowności, aż wreszcie ostatecznie pogrążyła go pomyłka zarządu, który trzy lata temu źle wyliczył podatek akcyzowy. Fiskus zażądał pół miliona złotych dopłaty. Dla przedsiębiorstwa z symbolicznymi zyskami było to zbyt wiele.
Piwo z Północnego nie wyrobiło sobie renomy mogącej skusić koneserów. Miały ją natomiast produkty browaru Regina z Antonowa koło Giżycka, szczególnie rzadkie w Polsce piwo pszeniczne i niepasteryzowane. Za te trunki Regina dostała trzy nagrody Stowarzyszenia Browarników Polskich, kiedy więc w styczniu browar zakończył produkcję, wśród wytrawnych piwoszy zapanowała żałoba.
Regina istniała 11 lat. Wybudowała ją od podstaw, w 1995 roku, rodzina Górnych. - Zakładaliśmy, że będzie to niezły biznes - opowiada Elżbieta Górna, która prowadziła browar razem z ojcem. Początki były obiecujące - zakład miał zyski, a sprzedaż rosła. Kłopoty zaczęły się przed siedmioma laty wraz z potężniejącą ofensywą zagranicznych koncernów browarniczych. Rynkiem piwnym zaczęła kręcić reklama. Kogo nie było w telewizji, ten nie liczył się w sprzedaży. Z bólem w sercu inwestorzy porzucili więc marzenia o piwowarstwie. - Tego biznesu nie da się już w Polsce prowadzić na małą skalę - uważa Elżbieta Górna.
Podobnie sądzi zapewne także właściciel 125-letniego browaru Jurand z Olsztyna, którego ciemne piwo Heban miało zagorzałych amatorów w całym kraju, a przed dwoma laty zdobyło główną nagrodę dla piw ciemnych w konkursie w Norymberdze. Dziś ta marka to już historia, bo od trzech miesięcy Jurand nie wyprodukował ani litra piwa. W branży huczy od plotek, że w miejscu browaru może niebawem wyrosnąć osiedle mieszkaniowe, gdyż zyski z deweloperki wielkokrotnie przewyższają to, co da się wycisnąć z produkcji piwa. - Recepta na uratowanie regionalnych browarów w Polsce jest taka sama, jak w Europie Zachodniej. Trzeba ściśle powiązać piwny biznes z turystyką lub wejść do rynkowych nisz, które wielkie browary celowo sobie odpuszczają - twierdzi Ziemowit Fałat.
Znana wśród polskich piwoszy marka niepasteryzowanego piwa Żywe, wytwarzana w gdańskim browarze Amber, to dziś bodaj najbardziej wyrazisty przykład sukcesu, jaki może przynieść takie podejście. Firmę założył 13 lat temu pomorski rolnik Andrzej Przybyło. Początkowo produkował piwo dla browaru w Elblągu, a gdy przejęli go Australijczycy, postanowił wypromować własną markę jasnego piwa z dolnej półki. W tym celu zastawił majątek, wziął drogi kredyt i cztery lata temu otarł się o bankructwo: konkurencja wielkich browarników działała wyniszczająco. Dopiero gdy browar ruszył z dodatkową produkcją niszowych piw adresowanych do koneserów, stanął na nogi. Niepasteryzowane piwo Żywe oraz ciemny Koźlak stanowią dziś 15 proc. produkcji browaru, ale za kilka lat ich udział ma przekroczyć 80 proc. Powód? Brak konkurencji w wybranych niszach. Piwa marki Amber są już w większości dużych miast, także w sieciach delikatesowych. - Coraz chętniej biorą je też lokale gastronomiczne, bo niszowe piwo wyróżnia ich ofertę - mówi Sławomir Palke, dyrektor marketingu browaru.
Lokalni browarnicy w pojedynkę nie mają na rynku wiele do powiedzenia, ale razem mogą przynajmniej przypomnieć polskim klientom, że świat piwa nie kończy się na jasnym pełnym. Stowarzyszenie Małych i Średnich Browarów Polskich, korzystając z unijnych dotacji, zamierza reklamować lokalne piwa niepasteryzowane w ogólnopolskich mediach. 13 małych browarów z północnej i centralnej Polski chce też połączyć się w klaster i w ten sposób podnieść rentowność. Być może więc ocaleje ten kawałek polskiej tradycji. Z pewnością nie najważniejszy, ale za to bardzo apetyczny.
Statystyka:
Przeglądano: 955
PowrótDalej